
Od czasu do czasu ukazują się sensacyjne artykuły na temat burdelu w obozie Auschwitz. Jeden z ostatnich takich tekstów opublikowała Aleksandra Zaprutko-Janicka. Jest on zatytułowany „Sześciu klientów na godzinę. Przerażające, co się działo w puffach”.
Artykuł ten ukazał się w „Wirtualnej Polsce. Kobieta” 27 stycznia 2025 r. Ich autorka twierdzi, że jest to temat tabu i stawia zarzut, że: „W czasie oficjalnego zwiedzania Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau jednak nie usłyszymy o obozowym domu publicznym, który mieścił się w bloku nr 24”.
Nie jest to zgodne z prawdą, ponieważ o puffie pisali i mówili już zaraz po wojnie przede wszystkim sami więźniowie. Jeden z nich, profesor Józef Szajna, trafnie stwierdził: „Ktoś kto uzna, ze blok nr 24 był jakimś podarowanym więźniom luksusem, po prostu nie zna Auschwitz. (…) Obozowe burdele nie są żadną sensacją, to tylko kolejna zbrodnia narodowego socjalizmu”.
„Po otwarciu domu publicznego w poszczególnych blokach ogłoszono, że władze SS dokonały tego w trosce o więźniów i ich zdrowie psychiczne. Zachęcano, by więźniowie zapisywali się do kolejki, bo później będzie duży ruch” – zapamiętał były więzień Jerzy Adam Brandhuber, który przez wiele lat po wojnie pracował jako kustosz w Muzeum Auschwitz-Birkenau.

O tej obłudzie wspominał także prof. dr Władysław Fejkiel zatrudniony jako lekarz-więzień w obozowym szpitalu: „Instytucja puffu (burdelu) cieszyła się specjalnymi względami komendantury, która, oddając więźniom ten przybytek miłości, kierowała się osobliwymi celami. Miała to być kontrpropaganda na wiadomości przenikające do wolnego świata o strasznym życiu więźniów”.
Założenie domu publicznego w KL Auschwitz, tzw. „puffu”, wymyślił lekarz garnizonowy SS, Siegfrid Schwela, który zebrał obozowych lekarzy – więźniów Polaków i oznajmił im, że wpłynie to na lepsze samopoczucie więźniów i ich lepszą wydajność w pracy.
W ten sposób koło bramy obozowej w bloku nr 24, na pierwszym piętrze, powstał puff z dwudziestoma „pracownicami”, uruchomiony w sierpniu 1943 r. Były to przeważnie zawodowe prostytutki niemieckie, polskie, ukraińskie i rosyjskie, chociaż zdarzały się też więźniarki „niewykwalifikowane”, chcące w ten sposób poprawić sobie warunki bytowe w obozie.
Ponieważ nowa instytucja miała służyć głównie klienteli niemieckiej, a także polskiej, gros pensjonariuszek stanowiły Niemki, na drugim miejscu były Polki, przeważnie „urzędujące” przed wojną na rogu Chmielnej i Marszałkowskiej w Warszawie. Wśród nich znalazły się dwie Ukrainki i jedna Rosjanka. Należy zaznaczyć, że Żydzi i Rosjanie do pufu wstęp mieli zakazany.
„Urzędniczki” mieszkały w bloku nr 24, w jednej wspólnej sali, urządzonej z komfortem. Żywność otrzymywały z kuchni esesmańskiej, natomiast ubrania – a zwłaszcza czystą jedwabną bieliznę – z tzw. magazynów „Kanady”, w których władze SS gromadziły zagrabione dobra
pożydowskie, ich właściciele zostali zamordowani w komorach gazowych obozu w Birkenau. Używały najlepszych perfum i w ogóle paryskich kosmetyków, również z „Kanady”.
Godziny „pracy” trwały od 18.00 do 21.00. Liczba „interesantów” co najmniej 4-5 dziennie, pięciodniowy tydzień pracy, wizyta trwała 20 minut. Każda „pracownica” miała swój luksusowo urządzany „gabinet”. Na rozkaz Rudolfa Hőssa, komendanta obozu i lekarza garnizonowego SS, Siegfrida Schweli, znani artyści – malarze więźniowie ozdobili poszczególne „gabinety” pięknymi malowidłami nastrojowymi o odpowiedniej tematyce. Tapczany były przykryte dywanami i poduszkami. Drzwi do „gabinetu” były otwierane tylko od zewnątrz i zaopatrzone w okienka z klapą od zewnątrz tzw. „judasze”. Do „gabinetów” wolno było wchodzić tylko w godzinach „urzędowania”. Warunkiem dostania się do puffu było uzyskanie biletu wstępu, tj. bonu, wydawanego przez komendanturę.
„Zakład” cieszył się troskliwą opieką władz. W czasie „urzędowania” najwyżsi dostojnicy esesmani gromadzili się w korytarzu i z niezwykłym zainteresowaniem oraz zadowoleniem obserwowali przez „judasze” co działo się w pokojach.
Ruch w „zakładzie” podczas „urzędowania” regulowany był dzwonkiem. Na klientelę „zakładu” składali się przede wszystkim Niemcy, blokowi, kapowie i w ogóle śmietanka obozowa, tzw. prominenci zajmujący „stanowiska”, jednym słowem arystokracja KL Auschwitz.

Były więzień, dr Władysław Dering (nr 1723), stwierdza, że od 150-200 Polaków należało do stałych bywalców „puffu”. Reszta więźniów, z obrzydzeniem odnosiła się do tej instytucji. Od chwili ujawnienia chorób wenerycznych posyłano na każdy „seans” obozowych lekarzy – więźniów. Długi ogonek bywalców, na pół godziny przed „przedstawieniem” oblegał schody i podpierał ścianę bloku nr 24, ażeby „przedtem” poddać się oględzinom lekarskim. „Damy” również zostały przebadane gruntownie, niepewne wymieniono na stuprocentowe. Było kilkunastu zarażonych, bywały również wpadki kilku amatorów nocnych przygód w bloku nr 24, przyłapanych i zesłanych do karnych robót, gdzie paru z nich utraciło życie. Zdarzyły się też zajścia w ciąże, likwidowane z reguły samoistnie na skutek uprawianej „pracy”.
W listopadzie 1943 r. powstał także kolejny puff w KL Auschwitz III-Monowitz, z personelem mniejszym o połowę, który mieścił się w oddzielnym obozowym baraku, otoczonym siatką.
„Więźniowie polityczni bojkotowali tę instytucję i mogę powiedzieć, że było to zjawisko powszechne” – zapamiętał Tadeusz Petrykowski, były więzień tego obozu.
W obozie macierzystym Auschwitz I było podobnie: „W mojej sztubie (mieszkałem wówczas w bloku nr 16) nikt się nie zgłosił, namowy nic nie pomogły” – wspominał Adam Jerzy Brandhuber.
Pomysłodawca puffu, lekarz niemiecki, SS-Hauptsturmführer dr Siegfried Schwela, zarażony w obozie tyfusem najprawdopodobniej przez działaczy obozowego ruchu oporu, zmarł w Oświęcimiu 10 maja 1942 r.
Zapewne nie jest to jednak temat tak istotny i ważny, aby o obozowych puffach opowiadać uczestnikom każdej wycieczki, odwiedzającej Miejsce Pamięci Auschwitz-Birkenau, jak tego chciałaby Aleksandra Zaprutko-Janicka, autorka wspomnianego przeze mnie artykułu na początku tego tekstu.
Adam Cyra
Oświęcim, 29 maja 2025 r.
Wprawnym Okiem Historyka